Autor: Sonia Tulczyńska

2017-01-27, Aktualizacja: 2017-01-27 12:50

130 nut ze szczyptą irysa, czyli rodzinne perfumy

Spotykamy się w Perfumerii Quality na Bemowie. Pani Stanisława Missala przygotowała na tę okazję nugaty, których recepturę chroni i przekazuje wyłącznie zaufanym osobom. Jest bardzo elegancko. Do rozmowy dołącza także syn - Michał. W końcu to rodzinny biznes, prowadzony od ponad dwudziestu lat.

Perfumeria Quality Missala jest firmą rodzinną, założoną w 1991 r. przez Stanisławę Missalę, która wraz z zawitaniem do Polski demokracji postanowiła stworzyć w Warszawie miejsce wyjątkowe. Podpisała kontrakty z luksusowymi markami, takimi jak Chanel, Dior, Guerlain, Kanebo, Lancôme, La Prairie... i nazwała swój butik Quality. Kilka lat później w warszawskim hotelu Marriott otworzyła perfumerię, która stała się wizytówką firmy, symbolem nowego stylu życia. Butik szybko zdobył popularność dzięki szerokiej ofercie najbardziej luksusowych marek kosmetycznych na świecie.

Zacznijmy od początku. Kiedy postanowiła pani założyć własną perfumerię?

Stanisława Missala: Hmm.., od czego by tu zacząć?
Michał Missala: Mamo, jako studentka chętnie kupowałaś perfumy...
SM: Potrafiłam nawet za całe stypendium kupić zapach, a później chodziłam na piechotę i przez cały miesiąc nie jadłam obiadów, tylko żywiłam się, czym się dało.


© Szymon Starnawski


Jakie to były perfumy?

SM: Kupowałam je w Peweksie albo Modzie Polskiej. Były to głównie zapachy Yves Saint Laurent, najpierw "Opium", a później także "Paris". Wtedy nie było zbyt dużego wyboru, ale jak na tamte czasy, to było coś fantastycznego. Pamiętam też ówczesne pudry i róże Bourjois, kremy Yardleya. To było wtedy tylko moje hobby i nigdy nie przypuszczałabym, że może się wkrótce przerodzić w zawód.

Gdy skończyłam informatykę na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego [w latach 70. - przyp. red.), zaczęłam pracę jako informatyk w rządowej komisji planowania. Jednak kiedy podczas stanu wojennego nie podpisałam dokumentu o lojalności, zwolniono mnie i nie mogłam później dostać pracy. To właśnie wtedy zaczęłam myśleć o własnym biznesie. Ponieważ miałam małe dzieci, otworzyłam niewielki sklep z ubrankami. Jak rozpoczęły się przemiany ustrojowe, akurat budowałam własny pawilon i zgłosiłam się do prowadzenia ajencyjnego punktu Peweksu. Tak rozpoczęła się moja przygoda z kosmetykami. To mi się bardzo podobało! Było takie ładne i kolorowe w porównaniu z szarością, która panowała dookoła.

Ale Peweksy zaczęły upadać.

SM: Tak, a ja zostałam z tym moim sklepem, z ukochanymi zapachami. I zaczęłam rozwijać branżę kosmetyczną.
MM: Właśnie tak powstała Perfumeria Quality.

Potem było już tylko ciekawiej. W jaki sposób ściągała pani znane marki do odradzającej się Polski?

SM: Do naszego kraju zaczęli przyjeżdżać przedstawiciele zachodnich firm, takich jak Chanel, którzy szukali punktów, gdzie mogliby sprzedawać swoje perfumy. A takich miejsc w zasadzie wtedy nie było. Siłą rzeczy dowiedzieli się, że na warszawskim Bemowie jest pewna osoba, która fascynuje się perfumami. Wyglądało to wszystko bardzo abstrakcyjnie: przedstawiciele renomowanych firm z wizytą na Bemowie, które przecież wyglądało wówczas zupełnie inaczej niż teraz. Pierwsze kontrakty podpisywaliśmy właśnie tu, dokładnie w tym miejscu. Współpraca z Peweksem nauczyła mnie, że jeśli chcę mieć jakiś produkt, to powinnam podpisać kontrakt, dlatego nie szukałam towaru w hurtowniach. Wówczas to było nowatorskie podejście.


© Szymon Starnawski



Od tego czasu minęło kilkadziesiąt lat.

SM: Dokładnie 25. Ale obok w biurze jest np. pani Mariola, która pracuje z nami od tych 25 lat, czyli od samego początku perfumerii. Wiele pań jest z nami bardzo długo, rodzą się „nasze” perfumeryjne dzieci, panie po urlopach wracają i pomagają sobie wzajemnie. Panują tu naprawdę mocne relacje rodzinne.

Może to jest właśnie recepta na udany biznes? Rodzinny klimat?

SM: Wydaje mi się, że to jest w ogóle recepta na udane relacje. Gdy traktuje się ludzi z szacunkiem i to nie wynika z jakiejś definicji, że "my tak chcemy", tylko z serca... Trzeba tak traktować ludzi, jak sami chcemy być traktowani. To recepta na normalność.

Ale przekłada się na biznesowy sukces.

SM: Trzeba, po pierwsze, mieć jakiś cel. I niekoniecznie powinniśmy zaczynać od myślenia o pieniądzach. Dobrze jest mieć także pasję związaną z tym celem i osoby, które pomogą ją rozwijać. Należy dobrze dobrać sobie zespół. Ja miałam takie szczęście, że moim zespołem jest rodzina. Dzieci pokończyły nawet studia, które pomagają im w prowadzeniu firmy. Michał jest prawnikiem i skończył stosunki międzynarodowe, Mateusz skończył zarządzanie na SGH, córki, które moi synowie przyprowadzili do domu, także są kierunkowo wykształcone. Jedna jest wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim i zajmuje się stosunkami międzynarodowymi, a druga jest po ekonomii. Uzupełniamy się też zawodowo i w zasadzie nie potrzebujemy pomocy z zewnątrz, żeby wszystko mieć pod kontrolą.


© Szymon Starnawski



A swoje plany biznesowe też ustalacie przy rodzinnym, wspólnym śniadaniu?

SM: To też było moje marzenie, żebyśmy się często spotykali. Chciałam, żeby to wynikało z naszej woli. Staram się, żeby zawsze było ciekawie. Piekę chleb, robię sałatki i pasztety. Bo przecież każdy zmysł jest ważny. Nasze śniadania to sześć osób, absolutnych indywidualistów, więc jeśli pojawia się jakiś temat, to od razu pojawia się sześć odmiennych zdań. Najczęściej, razem z Michałem, mamy podobne zdanie, a pozostała czwórka ma zdanie przeciwne.

I dochodzi do kłótni?

SM: Zawsze dochodzi do porozumienia, bo się wszyscy lubimy i szanujemy. Co najwyżej mówimy na ten temat żywiołowo. Ale wszystko robimy impulsywnie.
[Proszę zjeść nugat. To specjalny przepis. Znam go tylko ja i żona mojego starszego syna, Agnieszka. Dlatego, że wiem, że dochowa tajemnicy].

Dziękuję. Niesamowity smak, z chęcią wykradłabym przepis. W mojej rodzinie istnieje taka magiczna walizka, w której trzymane są zabytkowe ubrania po prababkach...

SM: Ojej, to ja pani tego bardzo zazdroszczę. Niestety nie mam czegoś takiego po prababci. Natomiast sama, przed laty, będąc na studiach na matematyce, ubierałam się kontrowersyjnie - jedwabne przezroczyste spodnie, pod nimi szorty, a do tego krótki top. Nie był to strój typowej studentki czasów PRL-u.

Wróćmy jednak do perfum. Stała się pani muzą i inspiracją do stworzenia zapachu „Warszawa”. Jakie to uczucie?

SM: To było bardzo uprzejme i miłe ze strony Jana [Jan Ewuod Vos, pomysłodawca i współtwórca perfum "Warszawa" – przyp. red.]. Usłyszałam to po raz pierwszy na konferencji prasowej i byłam bardzo zaskoczona.

Z pewnością przepiękne są Pani zbiory perfum, o których czytałam. Faktycznie mieszczą się w piwnicy? Nie tracą zapachu?

SM: Od kiedy zetknęłam się z pięknymi zapachami w Peweksie i Modzie Polskie, zawsze intuicyjnie, zachowywałam sobie jeden flakon perfum. W związku z tym mam dziś całkiem interesujący zbiór bardzo ciekawych flakonów i zapachów, których już nie ma. Przechowuję je w chłodnym i ciemnym miejscu, dlatego zachowują zapach. To tak, jak z winem. Poza tym podejrzewam, że wszystko co dobre przetrwa.
MM: Z perfumami jest podobnie jak z nalewkami. Jeśli są dobrze wyważone, to będziemy mogli długo cieszyć się ich smakiem. Jeśli we flakonie była odpowiednia zawartość alkoholu i całość jest dobrze przechowywana, nic nie powinno się wydarzyć.


© Szymon Starnawski



Wspomniany wcześniej Jan Ewuod Vos stwierdził, że w Polsce nie da się stworzyć perfum. Czy to prawda?

MM: Mogą funkcjonować pojedynczy twórcy, ale nie sądzę, że powstanie u nas taki rynek jak we Francji. Tam jest wielowiekowa tradycja tworzenia perfum, wywodząca się jeszcze z XVII wieku. Istnieje dużo laboratoriów perfumeryjnych, które mają mnóstwo zleceń z całego świata. I póki co, marki francuskie są najsilniejsze. Trochę dalej są Włosi, a potem długo, długo nic – pojedyncze marki w poszczególnych krajach. Nawet Stany Zjednoczone, które mają wielki rynek perfum, pozostają daleko za Francją.
SM: W laboratoriach są odpowiednie urządzenia, które przyspieszają proces leżakowania. Jest to bardzo ważne, jeśli chcemy stworzyć zapach naturalny. W dawnych czasach takie zapachy powstawały latami, bo musiały leżakować i dojrzewać. Dzięki nowym technologiom można zrobić to szybciej. Doświadczyliśmy tego, gdy sami chcieliśmy stworzyć swój zapach. Wynajęliśmy laboratorium w Grasse [miejscowość i gmina we Francji, w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże – przyp. red.]. Pojechaliśmy tam całą rodziną. Spędziliśmy w tym laboratorium ponad tydzień. I to naprawdę od rana do wieczora.
MM: Z przerwą na lunch, w czasie której dokonywała się ta przyspieszona maceracja [proces, który pomaga wydobyć brzmienie perfum – przyp red.].
SM: Wąchaliśmy dwanaście próbek, wybieraliśmy jedną z nich. Potem kolejnych dwanaście. I tak dalej. Po powrocie z Grasse prace trwały nadal, bo cały czas czegoś nam brakowało.
MM: Tym „czymś” okazała się szczypta naturalnego irysa.

Czyli z czego składają się perfumy, które odzwierciedlają rodzinę Missalów?

SM: Zapach Qessence to w sumie 130 naturalnych esencji. W ten sposób raz chcieliśmy być szejkiem Omanu... (śmiech)

Ponad sto nut zapachowych? To w ogóle coś jeszcze czuć?

MM: Klasyczna sztuka tworzenia perfum właśnie na tym polegała. Brało się bardzo dużo składników, z których – odpowiednio balansując – tworzyło się kompozycję. My w naszym zapachu chcieliśmy zawrzeć całe dziedzictwo naszej rodziny. Pragnęliśmy, żeby był to zapach wielowątkowy. Inaczej pachnie na mężczyźnie, kobiecie czy dziecku.
SM: Na dziecku pachnie jak kwiat pomarańczy. To naprawdę fascynujące, jak wiele osób może używać tego samego zapachu, z zupełnie innym efektem. Każda dobra rzecz powinna pozwalać na różnorodność. Tylko perfumy proste mogą pachnieć jednakowo.

I wiem, że do współpracy wybieracie tylko artystów-perfumiarzy.

SM:
Twórca perfum powinien mieć odpowiednie cechy charakteru. Być osobą ciepłą, otwartą i kochającą ludzi. To tak, jak z twórcą mebla – jak nie lubi ludzi, to ten mebel też będzie niewygodny. We wszystkim jest potrzebna dusza człowieka, który za tym stoi.


Nie byłabym sobą, gdybym nie zadała pytania o najdroższe „perełki” świata w państwa perfumeriach. Jakie to są perfumy?

MM: Prym wiodą dwie brytyjskie marki. Najdroższy był przez wiele lat zapach Clive Christian No1 (3298 zł za standardowy flakon 50 ml). W ostatnim czasie doszła też marka Roja Parfums, której kilka kompozycji kosztuje 4159 zł za 100 ml perfum. Rozmawiamy o zapachu w standardowym flakonie, a nie o edycji limitowanej. Te potrafią być droższe ze względu na specjalne wykonanie. Jak np. flakon marki Puredistance, który jest jednym, wielkim kryształem Svarovskiego, bardzo trudnym do wykonania i kosztuje 8900 zł. A najdroższa edycja limitowana Clive Christian potrafiła kosztować nawet 200 tysięcy funtów! Na rynek wypuszczono tylko kilka sztuk, większość z nich sprzedano, a ostatnią można już tylko obejrzeć w Harrodsie.
SM:A myśmy ją wypożyczyli do Warszawy. Wówczas taki flakon kosztował 670 tysięcy złotych. Kiedy sobie to uświadomiłam, to wynajęłam ochronę. Zawiadomiliśmy policję i ubezpieczyliśmy całą drogę tego flakonu. To było jedno z ważniejszych wydarzeń perfumeryjnych w Polsce.
MM: Ten pomysł tak się spodobał w firmie Clive`a Christiana, że w kilku krajach go powtórzyli.


© Szymon Starnawski



Wiemy już, jakie są najdroższe zapachy, ale intrygujące są też ich składniki. Są np. perfumy z haszyszem. To w ogóle jest legalne?

MM: Jest legalne, bo ten olejek z haszyszem, który odpowiada za zapach, nie ma właściwości odurzających.
SM: I jest trudny do pozyskania.
MM: Nasi klienci używający tych perfum (Black Afgano marki Nasomatto – przyp. red.) bez problemu przechodzili kontrole lotniskowe, nawet takie, gdzie pracują psy. Zresztą sam twórca perfum nie dokonywał ekstrakcji z rośliny, tylko sprowadzał z Afganistanu gotowy olejek haszyszowy.

Jakie są jeszcze inne nietypowe składniki używane w sztuce perfumiarskiej?

MM: Tworząc nasz zapach Qessence, chcieliśmy sięgnąć po nietypowy składnik polski, tworzący konotacje kulturowe. Był to tatarak, który także jest jednym z najstarszych i najrzadszych składników wykorzystywanych w tej branży. Pierwsze perfumy w Mezopotamii zawierały właśnie korzeń tataraku. Innym ciekawym składnikiem jest kadzidło. Do niedawna kojarzyło się ono głównie z obrzędami religijnymi, a dziś wróciło do łask. To pobudzający intelektualnie składnik. Dobrze działa na umysł.

To znaczy?

MM:
Często za pomocą zapachów możemy osiągać różne cele. Dodawać sobie energii albo odpowiednio się uspokajać. Możemy też oddziaływać na otoczenie, uwypuklać stronę związaną z tym, że jesteśmy osobą sympatyczną albo tę, że jesteśmy osobą silną lub zmysłową.

SM: Na przykład szef firmy, który używa mocnych, silnych zapachów, a chciałby nieco złagodzić swój wizerunek, mógłby użyć perfum lżejszych, cytrusowych.
MM: I odwrotnie: osoba młoda, nieśmiała, niedoświadczona, przed którą stoją wyzwania zawodowe, powinna sięgnąć po zapach, który uczyni ją bardziej dynamiczną i przebojową. Tak, żeby wszyscy zaczęli liczyć się z jej zdaniem.

Czyli za pomocą perfum można manipulować innymi.

MM: To jak z ubiorem. Na różne okazje ubieramy się inaczej i nikt nie mówi o manipulacji. Przecież na spotkanie biznesowe wybieramy oficjalny strój, a na spotkania towarzyskie przychodzimy w dżinsach i swetrach. Może to się wiąże tylko z tym, że świat postrzegamy przede wszystkim za pomocą zmysłu wzroku. Z zapachem jest trochę inaczej.
SM: Często go sobie nie uświadamiamy, a odbieramy bezpośrednio jakąś emocję. Dopiero potem możemy na chłodno zrozumieć, jak to się stało. Jednak ludzie używali perfum od zawsze. Zwierzęta przecież też to robią. Jeśli wychodzimy na spacer z psem, a on – ku naszemu zdenerwowaniu – zaczyna się tarzać w padlinie, robi to dlatego, że chce poprzez swój zapach pokazać, że jest silnym osobnikiem. Że ma dostęp do pokarmu, jest atrakcyjny dla swojej partnerki, zaradny życiowo (śmiech). Podobnie jest z perfumami. Jeśli chcemy coś pokazać, coś osiągnąć, możemy sięgnąć po odpowiednie perfumy.

A jakie są państwa ulubione perfumy?

SM: Moje to oczywiście Qessence, ale lubię też zapachy tajemnicze. Bogate i złożone. Lubię zapach Nabucco, Gold marki Amouage. Podoba mi się też zapach „Warszawa”, bo należy do tej kategorii zapachów, które ciekawie rozwijają się na skórze.
MM: A ja nie umiem zdecydować się na jedne, konkretne perfumy. Dziś mam na sobie bardzo męski Puredistance Black, a jutro może ponoszę kadzidlany Rock Cristal Olivera Durbano.

Swój zapach można także stworzyć podczas warsztatów organizowanych w Perfumerii Quality.

MM: Są to przede wszystkim warsztaty z wiedzy o perfumach. Opowiadamy o zapachach, grupach zapachowych i poszczególnych składnikach, a także dzielimy się inspiracjami. Może nimi być las, morze albo jakiś poszczególny składnik: jaśmin, róża, kadzidło czy żywica agarowa.


© Szymon Starnawski



Organizujemy także warsztaty z tworzenia perfum, często dla firm albo osób prywatnych, które chcą sprawić prezent bliskim. W trakcie takich spotkań uczestnicy tworzą własne perfumy. Oczywiście, powstają z mniejszej liczby składników i nie leżakują, więc po jakimś czasie mogą się zmienić. Muszę przyznać, że często jesteśmy zaskoczeni, jak zdolnych mamy uczestników i jak fenomenalne zapachy powstają. Na 2-2,5 godziny trwania kursu uczestnicy stają się perfumiarzami-artystami. Na początku wszyscy są lekko spięci, nie wiedzą, jak stworzyć perfumy. Ale kiedy zaczynają pracować, pojawia się wielka pasja. Niektórzy tworzą zapach od razu, inni aż do ostatniej chwili ulepszają swoje dzieło.

Poza perfumami sprowadzacie także najlepsze kosmetyki z całego świata.

MM: Głównymi krajami pochodzenia perfum są: Francja, Włochy, Wielka Brytania oraz Oman, Holandia i Hiszpania. Jeśli chodzi o kosmetyki, to wyróżniają się szczególnie dwa kraje: Japonia i Szwajcaria, ale też Islandia z nowoczesną marką BIOEFFECT.

Właśnie widzę za panem te oryginalne, oszczędne graficznie opakowania.

SM: Linia jest minimalistyczna. Można osiągnąć niesamowite rezultaty używając jednego produktu – serum BIOEFFECT.

MM: Trzeba dodać, że każda z tych marek ma swoje tło kulturowe. W Japonii na przykład jest to cały rytuał, dokładnego oczyszczania skóry. Mama jest wielbicielką tej metody...
SM: ...i chciałabym poinformować o niej cały świat! Cały czas się kontroluję, żeby nie przerwać naszego wywiadu i nie zacząć opowiadać o tym, jak prawidłowo myć skórę. To moja pasja. Uważam, że każdy powinien to wiedzieć.

Proszę się nie krępować.

SM: Proszę Państwa, kiedy wychodzimy na zewnątrz, to się ubieramy. Na naszą skórę nakładamy wówczas krem lub go nie nakładamy... Ale załóżmy, że nakładamy, co jest bardziej poprawne. Skóra broni się przed tym, co na nią wpływa (słońce, wiatr, deszcz, klimatyzacja czy smog) i produkuje to, co powinna, czyli tłuszcz i pot, a więc swój naturalny krem. Ale – i to jest najważniejsza rzecz! - pod wpływem światła nasza naturalna ochrona, tłuszcz, się utlenia i zamienia w niewidoczny wosk. Dlatego błędem jest, gdy wieczorem bierzemy wacik, nakładamy na niego jakiś produkt i wcieramy go w skórę. Wówczas wciskamy ten wosk w głąb skóry. Powinniśmy sięgnąć po produkt, który rozpuści wosk. A później drugi, który zadziała jak odkurzacz i go ze skóry „odessie”. Należy zamienić mycie na odkurzanie.
MM: Ideą japońskiej pielęgnacji jest podejście holistyczne. Nawet zapach jest dopasowywany tak, by miał działanie terapeutyczne. Testy kliniczne pokazują, że produkt działa w wersji z zapachem o 17% lepiej niż w wersji bezzapachowej.

© Szymon Starnawski



Ale żeby czuć się pięknie i zadbać o każdy element swojego ciała, to właściwie powinniśmy mieć tyle kosmetyków, że nie sposób byłoby je zmieścić w jednej łazience. Nie mówiąc o kosztach...

MM: Trzeba używać produktów, których potrzebujemy i których używanie nie będzie nam sprawiać kłopotu. Niektóre osoby lubią poświęcać czas na codzienną pielęgnację, a inne lubią to robić w kilkanaście sekund. Trzeba produkty dobierać do naszych przyzwyczajeń.

Państwa zasadą jest tworzenie rodzinnej firmy. Jak widzicie siebie za kilkanaście lat? W świecie wielkich sieci kosmetycznych, z mnóstwem promocji...

SM: Staram się nie myśleć o tym, co nas otacza, tylko o tym, co jest "tu i teraz". Cieszę się, że pasja zaczyna się rozwijać u moich wnuków i dzieci naszych współpracowników. I że to działa jak pajęczyna. Myślę, że przyszłość będzie dobra. Moim marzeniem jest tylko to, żeby firma dbała o standardy, była ciepła i rodzinna. W zasadzie najlepiej, żeby tak za bardzo się nie zmieniała. Jeśli można, to żeby przybywały nowe marki, chociaż dziś wydaje nam się, że mamy już wszystko, co najlepsze.
MM: Nie postrzegamy innych perfumerii jako naszej konkurencji. Staramy się sprowadzać perfumy najwyżej jakości, które powstały z artystycznym zamysłem. Sądzę, że będziemy się rozwijać powoli. Nigdy nie staniemy się korporacją. Będziemy małą firmą, która stara się robić duże rzeczy.

Tak Stanisława Missala oraz jej syn Michał opowiadali o początkach perfumerii, a także o recepcie na udaną współpracę:


Rozmawiała Sonia Tulczyńska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcia: Szymon Starnawski

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!